księga gości
Link 14.12.2009 :: 01:01 Komentuj (3)
Strata
I odeszła...
Link 29.11.2009 :: 23:52 Komentuj (0)
Zamiast bliżej dalejCzasem czuję się samotna, opuszczona, brakuje mi ciepłych, szczerych uczuć. Widzę wiele uśmiechów, odczuwam wiele serdeczności, akceptacji i zrozumienia od osób, które kocham, na których mi zależy. Tylko jak nie dostaje się tego od chociaż jednej osoby z ukochanego grona, to odczuwa się niepokój i ból. Sił i otuchy dostarcza mi reszta, ale to nie daje mi całkowitego spełnienia. " Czyżby coś się wypaliło? "- zadaje sobie to pytanie codziennie. Brakuje mi dawnych dni, dawnych gestów, dawnych słów. Chcę czuć się ważna, tak jak kiedyś. " Co będzie za parę miesięcy? " - to pytanie też mnie nęka. Boję się przyszłości... Chyba ostatnio za dużo o niej myślę. Może dlatego, że za często zaglądam w przeszłość. Słowa nie dają mi gwarancji, one ostatnio nic dla mnie nie znaczą, zostały obdarte z magii. To codzienność pokazuje jak jest naprawdę. Jego oczy nie patrzą jak kiedyś, Jego ramiona nie są już oazą spokoju, którą mi dawał. Potrzebuję i tęsknie za Jego prawdziwym uśmiechem przynoszącym spokój i radość memu sercu. To wszystko pochłonęła czarna dziura. Nadzieja nie opuszcza, nie chce, bo wie, że warto, ale jak długo będzie cierpliwa? Nadziei trzeba pomóc, sama nie będzie kroczyć przez osamotnioną drogę, bo w końcu zwiędnie, umrze. Wierzę, że w końcu ta droga przestanie być moją osobistą samotnią. Przyjaciele, rodzina wypełniają moją pustkę, wlewają do mego serca dużo siły. Dzięki Nim mój duch wzrasta, podnosi coraz większe ciężary.
Ja jednak czekam na to, by to co stare przyszło, otuliło Nas i zbliżyło do siebie.
Link 25.10.2009 :: 23:24 Komentuj (1)
Po irlandzku część 2Pomimo, że z Irlandii wróciłam prawie miesiąc temu, to powrócę tam na moment, bo jednak jest co opowiadać.
Na szczęście pod koniec wyjazdu miałam okazję znów zobaczyć parę ciekawych miejsc.:) To co na zielonej wyspie jest charakterystyczne oprócz obfitej zieleni, to oczywiście klify.

Gdy je zobaczyłam z moich ust wyszło zdumione " ahhh! ", zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Kolejną atrakcją był ocean. Jego wielkość również namalowała na mojej twarzy zaskoczenie. Choć wiedziałam, że jest wielki, jednak nie ma to jak przekonać się na własnej skórze.;) Ocean przywitał Nas dość sporymi falami.

Tyle razy widziałam jak owieczki pasą się na trawce, w końcu miałam okazję zobaczyć je z bliska - z czego się ogromnie ucieszyłam.:) Zbyt blisko jednak nie podchodziłam, wolałam z nimi nie igrać. Nie ukrywam, że miałam ochotę wtulić się w te miękkie zwierzątka.^^

Oprócz klifów mogłam zobaczyć kolejny symbol Irlandii. Otóż mam na myśli zamek. Był dość skromny podług innych okazów, które widziałam na pocztówce, ale lepsze to niż nic.;) Niestety nie mogliśmy wejść do środka ( buuu... szkoda! ).

Na naszej wycieczce natrafiliśmy na oryginalny sklep z czekoladą. Czułam się jakbym była w fabryce Willy Wonki, a to za sprawą unoszącego się zapachu.:) Można było kupić różnego rodzaju słodkości o przedziwnych smakach. Niektóre czekolady były nawet kolorowe.

Mnie najbardziej interesowały budynki kościelne. W Athlon znalazłam dość interesujący Kościół.

W naszym mieście, gdzie przez dwa miesiące przebywałam znalazłam dziwną ścianę na której były namalowane gwiazdy muzyczne. Od razu moją uwagę przykuł Kurt Cobain i Bono z U2. Wykonanie portretów moim zdaniem jest ciekawe.

Oprócz wycieczek mieliśmy huczne otwarcie polskiego sklepu Polonez. Było dużo biało - czerwonych balonów wypełnionych helem i kiełbasek z grilla. Zagościł Pan grajek śpiewający rosyjskie piosenki i klaun malujący dzieci.:)

Pobyt w Irlandii wspominam różnie, przede wszystkim dla mnie to przydatne doświadczenie, nie żałuję, że tam byłam. Miło było zwiedzić kawałek świata.:)
Link 21.08.2009 :: 23:27 Komentuj (7)
Po irlandzku - część 1Ziemię ojczystą opuściłam dwa tygodnie temu. Na początku nie powiem... było ciężko. Tęsknota doskwierała. Szok, że jest się tak daleko od rodzinnego domu przyszedł dopiero po paru dniach. Najpierw była radość, czekała mnie w pewien sposób przygoda - tak sobie pomyślałam. Trwa ona nadal, ale przez pewnie czas czułam się w niej osamotniona. Wystarczył głos mamy, magiczne słowo " kocham Cię! " i kilkuminutowa rozmowa, bardzo mi to wszystko pomogło, dostałam skrzydeł, by lecieć dalej, wysoko, bez wahania. Miałam świadomość, że jestem w stanie brnąć w tym. Na odległość wszystko nabiera innego wymiaru, patrzy się z zupełnie innej perspektywy, rzeczy mniej istotne nabierają wartości, dostrzega się więcej niż przedtem. Nie żałuję, że znalazłam się tam, gdzie teraz jestem, dla mnie to pewnego rodzaju próba, którą muszę przejść. Można to nazwać " szkołą życia ", choć i tak mam spore ułatwienie, m.in zapewniony dach nad głową, pyszne posiłki, dobrze płatną pracę i miłe towarzystwo. To określenie bardziej tyczy się mnie samej, moich cech charakteru, irracjonalnych leków, które czasem nie ułatwiają mi pobytu tutaj. Walka z własnymi myślami jest najcięższą z walk.
Na szczęście moja sytuacja zarobkowa prosperuje i ma się dobrze, z czego się oczywiście cieszę.:) Na wymarzone studia na spokojnie zarobię. Kiedy mam świadomość, że mój cel będzie osiągnięty, daje mi to sił witalnych. Taka strzykawka szczęścia, która podtrzymuje moje funkcje duchowe.
A moja praca polega na jednym - roznoszeniu ulotek. Parę dziwacznych przygód doświadczyłam chodząc po domach, a rolę główną grały w niej dzieciaki. Zadziorne, małe, niewychowane irlandzkie bachorki. Przekonałam się nie raz, że to wredne stworzonka.
Moją pierwszą pracą było promowanie polskiego sklepu. Częstowałam ludzi Naszymi przysmakami i zachęcałam do konkursów. Ludzie się zajadali.:) A było ich wielu i to z różnych narodowości, ale najwięcej było Polaków. W ogóle stwierdziłam, że dużo Nas w tej Irlandii.
Mam zatem pracę, mam! Niczym Umpalumpas wyciskam siódme poty i bardzo się z tego faktu cieszę!:)
Oprócz pracy staram się poznać lepiej zieloną wyspę. Zielona to ona naprawdę jest! Pełno tutaj wzgórz na których pasą się owieczki, krowy i osiołki - mnóstwo tego! Miałam ostatnio okazję zwiedzić irlandzkie morze. Widziałam fokę!^__^ Nie mogłam napatrzeć się na to cudowne zwierzątko. Byłam również na targowisku, gdzie sprzedawali przeróżne rzeczy, w szczególności owoce morza. Można było zobaczyć małe, obślizgłe ośmiorniczki, duże krewetki z wyłupiastymi oczami, raczki nieboraczki i inne dziwactwa. Nawet byłam skłonna jednego specjału spróbować - zwały się kalmary. Nie polecam, chyba, że ktoś lubi gumiaste przysmaki. Po raz któryś byłam w kasynie. Grać nie grałam, tylko się przyglądałam. Ale za to wygrano dla mnie dużego pluszaka, z którym aktualnie śpiulkam.:) Razem z Kamilem skorzystaliśmy z okazji i wypróbowaliśmy dziwaczną maszynę o nazwie symulator. Narzędzie, które ma dwa siedzenia, naprzeciwko mały telewizorek, który wyświetla obraz i za pomocą gwałtownych ruchów, wibracji oddaje rzeczywistość ukazaną na ekranie. Moja rzeczywistość polegała na tym, że byłam w statku kosmicznym ala Star Wars i brałam udział w wyścigu. Strasznie mną trzęsło, szarpało na różne strony, wiało po oczach, dawno się tak nie uśmiałam.:D
Miłe uczucie chodzić po plaży, słuchać szumu fal i patrzeć na niewyobrażalnie szeroki horyzont. Piękne są wysokie klify, przy takim widoku czuję się jeszcze bardziej mała.
Do czego najbardziej się muszę przyzwyczaić, to życie pod jednym dachem, a dla mnie nie jest to prosta rzecz. Jednak staram się być pomocna i nie robić nikomu kłopotu swoją osobom. Bycie z Kamilem dzień w dzień bywa męczące, ale cieszę się, że jest ze mną, bez Niego nie byłoby mi lekko. W pracy tworzymy zgrany zespół, a to najważniejsze.;)
Na zielonej wyspie z dnia na dzień czuje się coraz lepiej, jednak nie ma to jak w domu. Opisuje to Nasze stare i trafne przysłowie - " wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej ". Osobiście zgadzam się z tym w zupełności.:)
Link 27.07.2009 :: 15:00 Komentuj (18)
Kanashii
Czerń - to ostatnio dominujący kolor w mojej Nibylandii...
Link 11.06.2009 :: 23:35 Komentuj (2)
Zaproszenie...Wszystkich uprzywilejowanych zapraszam na moją nową stronkę
http://musumee.wordpress.com/. Tam znajdziecie recenzje filmów i anime. Arigato z góry za komentarze i za samo luknięcie.^___^
Link 15.02.2009 :: 23:07 Komentuj (3)
Tęsknota za beztroskąIle to już czasu minęło, od kiedy przyjechałam do Poznania zacząć moje, " nowe, " lepsze " życie? Hmmm... już troszku zleciało, nawet nie zauważyłam kiedy... Czy coś się diametralnie zmieniło? Oczywiście, że tak i to sporo. A czy są to pozytywne zmiany? Podobno wszystko ma dwie strony medalu - tak i jest w moim przypadku. Przede wszystkim stałam się samodzielna, ma to w sobie pewien " smaczek ", jednak bardziej mi tęskno za dawną beztroską. Kiedyś pole moich spraw, którymi musiałam się martwić było dość ograniczone, choć niektóre z nich były dla mnie trudne do udźwignięcia. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że są o wiele trudniejsze problemy do pokonania niż te z przeszłości i niestety, tylko Ja toczę z nimi walkę. Mam nadzieję, że moje barki są na tyle silne, by przejść tą ważną dla mnie próbę. Przekonam się w październiku.
A te moje ciężarki życia, dotyczą oczywiście spraw finansowych, bo nauka jak na razie poszła w las. Miałam świadomość, że będę musiała liczyć się z każdym groszem, nie przypuszczałam, że do tak wielkiego stopnia. To bywa męczące, ale ma swoje dobre strony.:) Bardziej szanuję wartość pieniądza, uczę się oszczędności, gospodaruję swoją fabrykę pieniędzy. Własna praca, własne zarobki, to równoznaczne jest z tym, że nie jestem od nikogo zależna, ta świadomość jest dla mnie ważna. Praca uczy także odpowiedzialności za swoje czyny, słowa, a także za inne osoby. Takie doświadczenia nabyte w Poznaniu trochę wzbogaciły moją osobę, z czego jestem zadowolona.^^
Niestety, moja przeprowadzka oznaczała rozłąkę ( czasem dłuższą bądź krótszą ) z rodzicami, Kamilem, Madzią i Mayumi. Straciłam kontakt z wieloma osobami, jednak pielęgnuje te, na których mi zależy. Bywa, że jest mi strasznie ciężko z powodu tęsknoty, najczęściej odczuwam brak Kamila. Staram się sobie jakoś z tym radzić, najlepszym lekarstwem jest robienie czegoś. Rozłąka też ma swoją dobrą stronę, dzięki niej zbliżam się do Kamila. Pomimo kłótni i tak z dnia na dzień ten człowiek staje mi się bliższy.:)
Mówią, że wkroczyłam w dorosłą ścieżkę życia... Jakoś nie odczuwam tego, nie czuję się specjalnie dorosła. Nawet fakt, że nie mieszkam już z rodzicami, utrzymuję się sama, opuściłam moje miasto nie sprawia bym przeszła jakąkolwiek przemianę wewnętrzną. Do dorosłości mi jeszcze daleko i wcale nie jest mi z tym źle z moją dziecinną egzystencją.;)
Podsumowując moje nowe życie w Poznaniu, nie okazało się takie kolorowe jak przypuszczałam... Spodziewałam się czegoś innego, lepszego, ale Nasza głowa często tworzy Nam niesamowite historie, coś pokroju " Alicji z Krainy Czarów ". Po czasie czar pryska i zamiast cieszyć się życiem w magicznej krainie, zdajemy sobie sprawę z Naszej szarej rzeczywistości. Ja się niestety do takich ludzi zaliczam, nie jestem tym nielicznym wyjątkiem. Pomimo paru pozytywów, które bądź co bądź spotykały mnie w Poznaniu, m.in mieszkanie na Sokołej, tej lepszej stronie medalu, nie uważam, by coś zmieniło się na lepsze. Często mam poczucie, że nie jestem na właściwym miejscu, dopiero w Gorzowie się odnajduję. Może to kwestia sentymentalizmu? Przyjazd do Gorzowa, to jak powrót do Nibylandii, które trwają bardzo krótko... I moje rodzinne miasto właśnie przypomina mi o mojej beztrosce, do której już nie powrócę, a za którą mi tęskno.
Link 26.10.2008 :: 21:09 Komentuj (14)
Poznańskie życieMinął miesiąc od kiedy zadomowiłam się w Poznaniu. Nie powiem, na początku było mi troszku ciężko... Nieporozumienia, niewypowiedziane słowa, tłumiona, ukryta złość doprowadziła do tego, że między mną o moimi domownikami narodziła się pewna przepaść. Ten dystans bardzo mnie ranił, najgorsze, że nie byłam świadoma tego, czym jest spowodowany. Nie byłam chętna by się tego dowiedzieć, dlatego ten stan rzeczy się ciągnął. Było mi źle, czułam się samotna i niechciana. Bałam się, że to będzie trwało wieki.... Nie byłam gotowa na to, by coś zrobić w tym kierunki, by to wszystko zmienić. Jednak zawsze jest tak, że coś ma swój początek i swój koniec. Na szczęście ta reguła tyczy się też tej sytuacji. Szczera rozmowa zawsze pomaga i łagodzi konflikty. Oczywiście jeśli dwie strony potrafią taką konwersację prowadzić. Nam jako rodzinie to się udało.^^ Od kiedy mieszkamy na Sokolej staliśmy się 100% wspólnotą, więc mamy jakieś zobowiązania wobec siebie. Troszku mi w tym świecie trudno było się odnaleźć, bo przywykłam do częstego przebywania ze swoją personą. Perspektywa wspólnego mieszkania, dzielenia się każdym kątem troszku mnie przerażała, jako jedynaczka nie byłam przyzwyczajona do takiego życia. Jednak okazało się, że nawet sobie radzę oprócz tego niemiłego incydentu. Grunt, że wszystko wróciło do normy.:) Ale wiem, że mieszkanie z kimś, to dosyć ciężki kawał chleba, każdy jest inny, ma swoje nawyki i przyzwyczajenia, więc trzeba robić tak, by każdy był zadowolony i czuł się komfortowo we własnych czterech kątach.
Już na samym początku wraz z Risu ruszyłyśmy do akcji pt. " Znaleźć pracę! ". Niczym Włóczykij podróżowałyśmy po Poznaniu, by wykonać Naszą jakże ważną misję. Nie było lekko, ale udało Nam się.^__^ Jestem od ponad tygodnia prawowitym kucharzem Pizzy Hut, hai! Jestem szczęśliwa, że właśnie tam dane mi jest pracować. Moja kucharska załoga jest przecudowna! Szczególnie Patrycja, którą uwielbiam! To niesamowicie sympatyczna i ciepła osóbka. Bardzo ceni moją pracę i co krok chwali moje postępy, to dodaje mi skrzydeł i daje świadomość, że mam się dla kogo starać. Ważne jest to, by ktoś doceniał to, co robisz. Patrycja jest moją motywacją, powerem do pracy! Całym serduchem polubiłam także Maję. Równie miła osoba jak Patrycja. Bardzo dobrze przekazuje mi swoją wiedzę i jest bardzo wyrozumiała. Agata to też dziewuszka za którą przepadam!:) Jest bardzo żywiołowa i zwariowana w takim samym stopniu jak Patrycja. Przy Nich zawsze się dużo śmieje, a to w pracy też potrzebne. A z panów najbardziej polubiłam Piotrka i Krzyśka. Piotrek to specyficzna osobowość, ma niezłego świra w głowie. Na pierwszy rzut oka człowiek może sobie o Nim pomyśleć, że nie jest odpowiedzialną i miłą osobą. Ja bynajmniej miałam takie wrażenie, ale się pomyliłam. On też stara się, żebym wszystko zrozumiała i przy tym się nie za bardzo stresowała. To uprzejmy chłopak, tak jak Krzysiek. Jesli chodzi o Niego to zauważyłam, że o wszystkich się troszczy, co jest urocze.^^ Oczywiście najważniejszym kompanem w mojej pracy jest Risu! Dobrze się Nam razem pracuję, choć nie mamy ze sobą zbyt częstego kontaktu z tego względu, że Ona pełni rolę kelnerki. Hehehe, mogę się pochwalić, że miałam okazję zrobić już wiele pizz i sałatek. Dość szybko się zaklimatyzowałam w Pizzy Hut, w kuchni już coraz lepiej się poruszam i mniej się boję robić coś na własną rękę. Ale moje obowiązki się na tym nie kończą. Stałam się chyba troszku kobietą pracującą.xD Moim drugim zajęciem jest roznoszenie ulotek, nie jest to zbyt przyjemna praca. Nie raz byłam atakowana ludzką chamskością, ale na szczęście również serdecznością i ciepłym uśmiechem, który dodawał mi sił. Ogromnym minusem jest to, że czas strasznie powoli leci, czasem mam wrażenie, że stoi w miejscu. Na szczęście wynagrodzenie warte jest tych poświęceń.
Oczywiście nie samą pracą człowiek żyje, w moim przypadku ważnym elementem jest szkoła. Zajęcia z historii kultury i wiedzy o literaturze przypadły mi najbardziej do gustu.:) Pani Doda opowiada Nam różne zabawne rzeczy. Kiedy prowadzone są przez Nią zajęcia to jest niezła salwa śmiechu. Podobnie jest na historii kultury. Pan profesor ma niesamowitą wiedzę, razem z Dodą przerażają mnie tym co sobą reprezentują. Wielki szacunek dla takich ludzi. Pan od wstępu do kulturoznawstwa jest zabawnym człowiekiem, miłym i sympatycznym, ale Jego wykłady nie zawsze pochłaniają moją uwagę i ciekawość. Prawie cały dzień na uczelni potrafi wypruć człowieka z sił witalnych i trochę zanudzić, jednak nie żałuję, że wybrałam właśnie ten kierunek studiów.
Doszłam do wniosku, że Poznań potrafi być męczący. Lubię to miasto, ale nie chciałabym zawrzeć z nim bliższą komitywę. Kiedy pierwszy raz wróciłam do Gorzowa, czułam wielką radość. Moment w którym przed moimi oczętami pojawiła się Katedra, most, ulice sprawił, że uśmiech samoistnie pojawił mi się na twarzy. A gdy zobaczyłam Kamila na dworcu radość była jeszcze większa! Pomyślałam wtedy " to moje miejsce, mój dom, tu poznałam wszystkich, których tak bardzo kocham ". Pomimo, że jego też miałam dość, widywanie tych samych zakamarków, bloków z czasem było mało fascynujące, ale jednak doszłam do wniosku, że czuję sentyment do Gorzowa. Pierwszy raz doznałam takiego uczucia jak wróciłam do tego miasta. Wracając z Karpacza nie towarzyszyły mi takie przemyślenia, bo tam czuję się jak ryba w wodzie. Znowu poczułam euforię jak weszłam do domu, zobaczyłam znajome pomieszczenia, mamę stojącą i witającą mnie wielkim tuleńcem. A na drugi dzień spotkanie z Madzią, to też było coś cudownego. I to, że z Kamilem mogliśmy cieszyć się sobą do woli, oglądać anime ( w końcu! ), oglądać telewizję ( dla mnie to był lekki szok termiczny, chyba przez to, że nie miałam z tym styczności przez miesiąc xD ), iść z Jego pieskiem na spacer, patrzeć na gry, razem się śmiać i rozmawiać w tych miejscach, gdzie oboje czujemy się najlepiej. Jednak to Poznań jest dla mnie takim chwilowym, życiowym przystankiem, nie będę z nim wiązać wielkich uczuć, ani mojej dalekiej przyszłości.
Link 26.06.2008 :: 16:29 Komentuj (4)
Unwritten, Undefined, UncertainMawiają, że życie jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Ja niestety ostatnio trafiam na same gorzkie czekoladki i tym samym moje życie stało się mniej słodsze. Tak też czasem bywa...
Kłótnia z rodzicami stworzyła w domu dystans i ogólny dysonans. Niesprawiedliwe oskarżenia, przykre i ostre wyzwiska ranią, choć to " tylko " słowa. Szczególnie ranią, gdy wiem, że bardzo starałam się, by byli ze mnie zadowoleni i gdy pomagałam im ze szczerego serducha. Oprócz tego ostatnio przechodzę dziwaczne stany, można nawet rzec depresyjne. Często miałam ochotę po prostu siedzieć w domku wśród czterach ścianach, z nikim nie rozmawiać, szersze grono szybko mnie męczyło i nie mogłam się w nim odnalezć. Przechodziłam tzw. " chorobę wieku " niczym Kordian. Nic mi się nie chciało, nic nie cieszyło i wszystko było bezsensu ( z paroma wyjątkami ). Mówiąc krótko, samo życie przestało mnie cieszyć. Dlaczego? Chyba różne czynniki na to miały wpływ, a największy rodzice. Ten stan nie dawał mi spokoju, nie mogłam się od niego uwolnić. Wszelkie starania, próby kończyły się fiaskiem. Nie lubiałam takiej siebie, a to jeszcze bardziej pogłębiało mój stan, takie błędne koło. Choć byłam tego wszystkiego świadoma, to nawet ta świadomość mi nie pomogła, choć podobno to połowa sukcesu. W moim przypadku się to nie sprawdziło. Jednak kłótnia z rodzicami sprawiła, że się otrząsnełam, gdy naprawdę zaczęłam mieć problemy, przykrości zwaliły mi się na głowę, wtedy zrozumiałam, że dalsze użalanie i rozmyślanie nad sobą nic nie da. Jak to mądrze mawiał Peter Sirius " Komu życie nie narzuca żadnych ciężarów, temu ono samo stanie się ciężarem ". " Mgła nie jest życiem. Często jednak z naszej winy życie staje się mgłą ". Teraz wiem, że to była moja wina i że to we mnie leżał problem. I jak to mawia Plutarch " Trzeba żyć, a nie tylko istnieć ". Oooo... tak, żyć, żyć pełnią życia! Bo przecież w nim też znajdują się pyszne, słodkie czekoladki.;) W moim przypadku był to wyjazd do Berlina, wyjazd do Warszawy z Kamilem na koncert Billy Talent, częstsze spotkania z Biedro i Mayumi i szczęśliwe chwile z Kamilem za którymi było Nam tak tęskno!
W Berlinie byłam tylko pięć dni. I dobrze! Długo bym tam nie wytrzymała. Wielkie, zatłoczone, zbyt nowoczesnie miasta są nie dla mnie. Dla mnie miasto musi mieć powiew artystycznej atmosfery, bajkowej krainy. Takim miastem była dla mnie Praga, tam było magicznie! Ale dużo rzeczy podobało mi się jednak w Berlinie. Przede wszystkim wolność i tolerancja! Każdy ubiera się jak chce, robi to, na co ma ochotę, nie musi się martwić o nic, dzięki temu wszyscy są uśmiechnięci i beztroscy. W sumie, nic dziwnego, że panuje tam tak powszechna akceptacja jak tam mieszkają ludzie z każdego zakątka świata.;) Widziałam Turków, Portugalczyków ( ale mało ich było, buu! ), Anglików, Azjatów ( jak ich tam duuużżżżoo ^____^ ), Arabów, Murzynów, Polaków, Francuzów. Mieszanka światowa! Berlin nazwałam miastem zapachów świata. Czułam tam kuchnię włoską, azjatycką, indyjską, turecką. W Berlinie bardzo dobre są kebaby, mniam! Podobało mi się też to, że weszłam tylko do jednego sklepu, a tam było prawie wszystko, co chciałam. Ile tam było trampek, różne, różniste ( czerwone, zielone, białe, szare, różowe, niebieskie, w kratkę, w paski ). To był dla mnie raj!:D Skorzystałam z okazji i kupiłam sobie bluzeczkę, torbę i spódnicę ( jak szaleć, to szaleć! ).
Centra handlowe mnie przytłaczały, były ogromne! Wielki minus Berlina to dojazdy. Bywało, że jechałam godzinę do pracy i musiałam sie przesiadać to na U-ban i S-ban. Okropna katorga! Wiadomo, wielkie miasto, to wielkie odległości do pokonania, niestety. Jeśli zaś chodzi o pracę, to nie było tak ciężko. Obowiązki były podzielone po połowie, więc zbytnio się nie przemęczałam, a miałam nawet na to ochotę. Z mieszkań można dużo dowiedzieć się o danej osobie. Ja prowadziłam takie osobiste kartoteki. Dwie kobiety były bardzo interesujące, jedna lubiła Gustawa Klimta ( widziałam ogromny plakat obrazu Danae ), lubiła podobne filmy i słuchała podobą muzykę co Ja ( na przykład Nirvanę, czy U2 ), a druga czytała interesujące książki ( miała 6 książek Murakamiego i parę Paula Coelha ). Pobyt w Berlinie był dość interesujący, ale też męczący, cieszyłam się, gdy wróciłam do domku.:)
Długo oczekiwany koncert też był udany. Choć Ja byłam tam jako osoba towarzysząca, nie jestem wielką fanką Billy Talent, choć polubiłam ich muzykę. Jak to zawsze na tego typu koncertach: dużo krzyków, pogo ( dość brutalne ), gorąc, duchota, lejąca się woda, wydzieranie wokalisty ( Jego cudowne " dziękuje ", " Ja Ciebie kocham ":P ), dzwięk gitar, basu i perkusji i śpiew Kamila nad moim uchem!:D Kamil jako waleczny fan Billy Talent próbował dostać autografy, ale niestety się nie udało. Ale mimo to był zadowolony, a to najważniejsze.^^ Mnie tak bardzo nie ruszył ten koncert, choć każde takie sceniczne przeżycie jest cenne. Mi brakuje raczej koncertu Natashy Bedingfield ( jejku... jak bym chciała pojechać na Jej koncert! ), Comy, Łez, czy Placebo! Może kiedyś nadaży się ta cudowna chwila. Ten koncert był dla mnie pewną formą oderwania się od rutyny, dla Kamila też.
W Gorzowie dni toczą się tak samo, ale bardzo się cieszę, że mam tyle czasu by spędzać wolne chwile z Kamilem. W końcu nadszedł ten piękniejszy, szczęśliwszy okres w Naszym związku! I staramy się cieszyć tym w pełni ( choć mi się to nie udawało ). Te spotkania zawsze, nie ważne w jakim byłam stanie dawały mi życiowej energii, napawały mnie optymizmem, przy Kamilu lubię siebie taką jaka jestem, a to jest ważne.:) Portafię się przy Nim określić, wiem kim jestem, potrafię się odnalezć we własnym świecie. Jesteś dla mnie jedną, wielką, pyszną czekoladą, która daje mi dużżoooo słodkich chwil!:*
A co w świecie anime? Narazie pusto i to od dłuższego czasu. Jednak ostatnio oglądam z Kamilem Bokamatsu. Przez długi okres miałam czytaniomanie, ciągle chciałam coś czytać i nadal mam niepohamowaną chęć połykać książki. Kupiłam sobie Murakamiego, ale Jego powieści potrafię w dwa dni przeczytać. Harrego Pottera ostatnią część przeczytałam i niesamowitą książkę Przebudzenie, o Klimcie co nie co też sobie czytnęłam.;) No i cały czas w duszy gra mi Natasha, Jej piosenki, cała Ona potrafi doprowadzić mnie do błogiego stanu ( uwielbiam tą kobietę! ). Ale niestety, moja Portugalia przegrała z.... Niemcami! A taką miałam nadzieję, że będą w finale...
Dni lecą i lecą, niedługo wyniki matur. Ehhhh.... 30 czerwca, dzień sądu, boję się, polski nie poszedł mi za dobrze. Mam nadzieję, że będzie dajdziobu! Grunt, że Ojciec zdał na ASP! Dumna z Ojca jestem! Z Biedro też, zdała najważniejszy egzamin na 5!:) Same sukcesy w tej mojej niebiologicznej rodzinie, oby tak dalej!
Arigato wszystkim za każdą słodką chwilę, którą mnie obdarzyliście, której nie potrafiłam dostrzec!:* Risu i Madziu, gome za wszystko...

Zdjątko z Warszawy. Kocham ten uśmiech!:*
Link 11.04.2008 :: 23:36 Komentuj (18)
Ironia losu Brak weny spowodował, że na mym blogu przez dość długi czas zapanowała pustka i cisza! Ale troszku się wydarzyło, więc to skłoniło mnie w końcu do tego, by co nie co tu napisać.;) Także usilne prośby Ciocio - mamuchny i Risu skłoniły mnie do działania. No więc działam, hai!:D
Ważnym i dość interesującym wydarzeniem w mym życiu był wyjazd do Częstochowy. Nigdy tam nie byłam, więc gdy usłyszałam, że jest pielgrzymka na Jasną Górę od razu skorzystałam z okazji.;) Jedyną przeszkodą była gorączka, ale zacisnęłam mocno zęby i pojechałam. Podróż była męcząca, bo dłuuugaaaa.... Ale miałam mojego umilacza czasu w postaci kochanej Risu.^_^ W końcu miałyśmy okazję tak naprawdę pogadulić. Prawie całą noc przegadałyśmy, ale potrzeby fizjologiczne dawały o sobie znać.;P Śpiulkanie w autobusie nie należy do najlepszych z wygód.xD Jakoś dałyśmy radę, bo mi silne kobity jesteśmy, hai!:D
Pomimo, że brakowało mi porządnego snu, gorączka dała się we znaki, to i tak nie żałuję, że tam pojechałam, warto było! To miejsce napełniło mnie duchową energią i optymizmem! Wnętrze Kościoła zachwyciło ( choć nie przepadam za barokiem ), tam poczułam prawdziwą obecność Boga. Koncert zespołu The Foo dodał mi jeszcze więcej życiowego poweru! Śpiewając religijne piosenki razem z Risu zaczęłam doznawać niezwykłej radości z życia, zaczęłam doceniać to, co mam i po prostu cieszyć się tym. Brakowało mi takiej pełni szczęścia, takiej lawiny optymizmu. To miejsce tak mnie uduchowniło, że byłam aż na trzech mszach.:P Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tej pielgrzymce, potrzebowałam Bożego wsparcia, ostatnio za bardzo się od Niego oddalam i to mnie martwi... Tęskno mi było za Słowem Bożym i za tą duchową atmosferą. Naszą wycieczkę wzbogacał Rafcio swoim śpiewem, grą na gitarze, rozmowami i śmiechowymi tekstami.;) Hehe... jak zwykle musiał sobie troszku pożartować.
Dzięki temu wyjazdowi zyskałam kolejne miłe kartki wspomnieć do mojego życiowego albumu.^^
Jeszcze jednym, bardzo istotnym wydarzenie, które miało miejsce, tym razem w rodzinie Jakubczaków, był zaiste ślub mojej cioci Gosi. Nie przepadam za weselami, za tym klimatem, przede wszystkim mam na myśli te kiczowate piosenki i ciągłe, nieustanne siedzenie przy stole. To zdecydowanie nie w moim guście! Jednak dla mnie najważniejsze było, że mogłam ten czas spędzić z Ciocio-mamuchną, Ojcem i Kamilem.:) Jak zwykle wedle tradycji, robiliśmy zdjątka, tylko, że warunki nie były dla Nas łaskawe. Ale coś tam wspólnymi siłami stworzyliśmy. Jednak mój tata nie dał Nam długo cieszyć się wolnością, mielismy pełnić rolę " dobrze bawiących się gości ". Kamil nie raz porywał się do tańca, tu bioderkami ruszał, tam główką, a czasem nawet dupcią.;P Ten widok mnie miło zaskoczył! Ale i tak królem parkietu był mój tata ( jak zwykle ) i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu mój pradziadek! W tym wieku tak tańcować, byłam pełna podziwu! Sama też miałam okazję i zaszczyt zatańczyć z dziadkiem.:) Niestety nie byłam w stanie uniknąć mojego taty, ale jakoś przeżyłam te parę minut, ufff...
Ślub jak to ślub, zawsze w jakimś stopniu mnie wykańcza.;P Ale widząc radość mojej cioci moje serducho bardzo się radowało! Mam nadzieję, że w Jej życiu wszystko się poukłada, będzie miało ręce i nogi, życzę Jej tego! Narazie to ciocia dostała niezły pakiet rodzinny w prezencie, jest nawet babcią! W ogóle ciocia wyglądała nieziemsko, była najpiękniejszą gwiazdą tego wieczoru.^__^
Hmmm... a co ogólnie słychać w mej Nibylandii? Ostatnio za dużooo było w niej szarości, ale w końcu zaczęły dominować ciepłe i jasne kolory! Tą szarość wprowadził mój tata ( takk... wywiadówka ). Słyszało się bardzo nieprzyjemne wyzwiska, nawet doszło do rękoczynów, ehh... No cóż, można powiedzieć " przyzwyczaiłam się ", przecież nie raz przez to przechodziłam, ale jednak za każdym razem to tak samo boli. Mam do tego dystans w jakimś stopniu, ale nigdy nie będzie mi to obojętne. W domku nastała głucha, napięta cisza... Nie ma to jak rodzicielskie wsparcie...
Ale coś za coś, jak w domku się rypie, to z Kamilem jest dobrze. Przez jakiś czas nie było, a to przez moje naganne zachowanie. Uświadomiłam sobie, że postępuje czasem podobnie jak mój tata, za szybko się denerwuje i wyzywam Kamila. Ten fakt bardzo mnie zabolał, bo nie chcę, by Kamil czuł się przy mnie, jak Ja czuję się przy moim tacie.... Dlatego postanowiłam to zmienić, staram się ze wszystkich sił! No i są rezultaty.^^ Było się na pysznym jedzonku, potem u Kamila oglądałam Final Fantasy. Takkk... chłopiec zgłębił mnie w świat Finala i muszę przyznać, że z pozytywnym skutkiem, zaczęło mnie to interesować. Nawet zachciało mi się grać ( to cud! ), ale to zostawię na potem, czyli jak zdam maturę.;) Jeszcze we Flyffa chcę pograć, mhm! Co ten człowiek ze mną zrobił!xD Najpierw zaraził Edwardem Nortonem, potem Final Fantasy, grami, a oprócz tego jadę z Nim na koncert Billy Talent w czerwcu.:D Takie odmiany są dobre! Cieszy mnie fakt, że z mym chłopcem znowu się dogadujemy, to jest ważne, dzięki temu zbliżam się do Niego jeszcze bardziej. Ostatnio stałam ciągle w miejscu z moimi uczuciami i moim podejściem do tego wszystkiego, w końcu postawiłam jakieś kroki ku temu, by było lepiej. Życzę Nam, by tych kroków było jak najwięcej i żeby były owocne.^^

Cloud - jedna z lubianych przeze mnie postaci z Final Fantasy;)

Vincent też niczego sobie!

A to postać mojego życia - Kamil mój!:*
j p f